Sądy rodzinne zostają
Thursday, March 04th, 2010 | Autor: Jakub Śpiewak

Nie tak dawno przez media przetoczyła się dyskusja wokół pogłoski o rządowych planach likwidacji sądowych wydziałów ds. rodzinnych i nieletnich. Minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział jednak, że nie tylko nie ma decyzji o likwidacji, ale nawet – ministerstwo nad taką decyzją nie pracuje.

Żeby było jasne: mam wiele, wiele zastrzeżeń do funkcjonowania sądów rodzinnych. Nie chcę niepotrzebnie uogólniać, ale często odnoszę wrażenie, że spora część orzekających w nich sędziów trafiło tam tylko dlatego, że jakimś cudem ukończyli aplikację i coś z nimi trzeba było zrobić. Wielokrotnie miałem do czynienia z przypadkami nieznajomości przepisów, bezdusznością, lenistwem. Wiele złego można zarzucić sądom rodzinnym.

A jednak minister podjął słuszną decyzję i chwała mu za to. Dobrze, że nie uległ pokusie prostych rozwiązań. Czasem bowiem, a nawet często, problem nie tkwi bowiem w systemie, ale w tzw. czynniku ludzkim. Systemowe rozwiązanie w postaci sądów zajmujących się sprawami rodzinnymi, a przede wszystkimi sprawami dzieci, jest po prostu słuszne. Sprawy dziecięce mają swoją specyfikę, którą trzeba uwzględnić. Rozwiązaniem nie jest likwidacja sądów rodzinnych, ale podnoszenie kwalifikacji orzekających w nich sędziów. I tu ministerstwo ma z pewnością sporo do zrobienia. Na szczęście minister zapowiada, że zamierza to robić.

Na kolana, reklamiarzu!
Wednesday, March 03rd, 2010 | Autor: Jakub Śpiewak

Prokuratura z Torunia wszczęła postępowanie wyjaśniające w sprawie reklamy pewnej firmy odzieżowej. Reklama przedstawia pryszczatego wyrostka w stylu skateboardzisty, który mierzy z pistoletu do klęczącego policjanta. Hasłem reklamy jest “Na kolana, psie”. Równocześnie Komendant Główny Policji przygotowuje osobne zawiadomienie do prokuratury. I całe szczęście.

Dopiero co cała Polska żyła historią zadżganego nożem na warszawskiej Woli policjanta oraz drugiego funkcjonariusza, bestialsko pobitego. Teraz zaś ktoś ośmiela się wypuścić taką reklamę. Jej autorzy tłumaczą, że – cytuję “chłopcy w tym wieku nie lubią policjantów” i to jest takie “mrugnięcie okiem”. Chyba mocno kaprawym – ciśnie mi się na usta, czy raczej na palce.

To, że pewne grupy ludzi, zwłaszcza młodych, nie lubią policji, to normalne. Tak jest na całym świecie. Policja nie jest od tego, żeby ją lubić, choć przyznam, że ja nie rozumiem nienawiści do ludzi, od których równocześnie wymaga się, by ryzykowali życie w naszej obronie.

Co innego jednak patologiczna niechęć do policji (choć, nie ukrywajmy, czasem zasłużona), wyrażana przed nie zawsze rozgarniętych wyrostków pisaniem haseł typu “ChWDP” na murach, często z błędem ortograficznym, a co innego paskudne, obrzydliwe granie na tym w celach zarobkowych. Nie zarzucam autorom reklamy, firmie odzieżowej ani wydawcy tego, że wyskoczyli z tą reklamą w takim właśnie czasie, tuż po pogrzebie zamordowanego policjanta, bo znam realia przygotowywania kampanii, oddawania reklamy i pisma do druku, więc zakładam, że zapewne nie celowali w taki moment. Czas publikacji reklamy nie ma tu zresztą znaczenia. W każdym momencie byłaby ona obrzydliwa.

Wiem, że autorzy zapewne liczyli na rozgłos i na to, że zostaną ukarani, co pozwoli im stawiać się w roli męczenników, zyskując sympatię tej specyficznej grupy klientów. Dlatego mam nadzieję, że wymiar sprawiedliwości zrobi to, co najrozsądniejsze: zamiast karać więzieniem, nałoży tak dotkliwe sankcje finansowe na autora reklamy, wydawcę i na firmę odzieżową, by żadna sympatia klientów nie była w stanie im tego wyrównać. Może każda kolejna szumowina, która wpadnie na podobny pomysł, trzy razy zastanowi się, zanim go zrealizuje.

Ach, ta straszna ustawa…
Saturday, February 27th, 2010 | Autor: Jakub Śpiewak

Swego czasu w programie “Tomasz Lis na żywo” redaktor Tomasz Terlikowski ze świętym oburzeniem zareagował na, skądinąd nieprzyzwoite i niemądre, sugestie znanej pisarki Manueli Gretkowskiej, że bije dzieci. Terlikowski z oburzeniem mówił, że nigdy nie uderzył swojego dziecka. I chwała mu za to. Jego oburzenie wskazuje, iż uważa bicie dzieci za, jak to w naszej kampanii “Bicie jest głupie” powiedział prof. Jerzy Bralczyk, “bicie dzieci jest nikczemne”. Gdyby bicie dzieci było dobre, to przecież redaktor Terlikowski nie oburzałby się, prawda? Jednocześnie jednak, w tym samym programie, ów publicysta z zapałem występował przeciwko zakazowi bicia dzieci, a za to za prawem rodziców do takiego postępowania.

Piszę o tym, bo bardzo często odnoszę wrażenie, że zdaniem wielu ludzi, dziecko to taki dziwny twór – “przyszły człowiek”. Dziecko nie jest ich zdaniem jeszcze pełnoprawnym człowiekiem, dopiero pod wpływem wychowawczego oddziaływania rodziców, polegającego również na daniu klapsa, dziecko dorośnie i stanie się człowiekiem. Przypominają mi się w tym momencie słowa Janusza Korczaka:

Nie ma dziecka, jest człowiek.

Tak, choćby się to niektórym w głowie nie mieściło, dziecko to człowiek i przysługuje mu cały kanon praw, które określamy mianem praw człowieka. Wśród tych praw jest również prawo do nietykalności osobistej. Jakoś nikt nie postuluje, by kłócących się posłów marszałek sejmu dyscyplinował klapsem.

Wracam do tematu bicia dzieci, jako że ostatnio znów rozpętało się piekło wokół Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, nad którą pracuje sejm. Dziennikarze, głównie z Rzeczpospolitej oraz Faktu rzucili się jak sfora wściekłych psów. Tym razem zainteresowały ich trzy tematy. O, dziwo jakoś tematyka bicia dzieci tym razem ich nie zainteresowała.

Pierwsza sprawa, to problem przemocy psychicznej. Tu odzywał się mój ulubiony ekspert od wszystkiego, czyli autor, skądinąd dość nudnych według mnie, książek fantastycznych Rafał Ziemkiewicz, ładnie nawiązując do wcześniejszych wypocin niejakiego Bronisława Wildsteina, o których pisałem wcześniej. Zdaniem obu panów, znanych jako wybitni eksperci w dziedzinie pedagogiki (jak i każdej innej, w której postanowią zabrać głos), ustawa zabroni rodzicom wychowywać dzieci. Biedny rodzic nie będzie mógł zwrócić dziecku uwagi, by nie siorbało przy stronie lub umyło ręce, bo zostanie to uznane za poniżanie, czyli przemoc psychiczną. Nie wiem, w jakiej formie obaj panowie zwracają uwagę swoim dzieciom, jeśli w tej samej formie, w której Wildstein chciał motywować syna do nauki (“jesteś głąbem”), to faktycznie może być problem. Mogę sobie wyobrazić (Tak, tak, panowie, naprawdę, mogę! Wiem, że to szokujące!) formy zwrócenia uwagi, które nie poniżają. Niesamowite, prawda?

W publicystyce, głównie “Rzeczpospolitej” pojawiło się określenie “sądy kapturowe”, które ma dotyczyć zespołów interdyscyplinarnych, których tworzenie nakazuje ustawa. Już wybitny polski pedagog Aleksander Kamiński (tak, ten Kamiński) pisał o metodzie grupowej w pracy socjalnej, tzn. o tym, że za pracownikiem socjalnym powinien stać cały zespół zadaniowy. Podejście to zwane jest niekiedy polską szkołą pracy socjalnej. Praca ta wymaga bowiem wiedzy z różnych dziedzin oraz zadań leżących w kompetencji różnych podmiotów. Współpraca taka, o paradoksie!, w Polsce od dawna kuleje. Istnieje wiele podmiotów mających w swoich kompetencjach rozmaite działania związane z przeciwdziałaniem przemocy w rodzinie oraz interwencją w sytuacji, gdy przemoc taka się pojawia. Podmioty te wielokrotnie podejmują jednak działania wzajemnie sprzeczne, nieskoordynowane, pojawia się również między nimi element niezdrowej rywalizacji. Fakt, że ustawa wprowadza obowiązek tworzenia zespołów interdyscyplinarnych, ma sens.

Niepokój budzi też to, że zespół taki ma gromadzić dane o rodzinach objętych pomocą. A tak po ludzku: jak zespół ma koordynować pracę bez gromadzenia wiedzy o tym, co dzieje się w objętej pomocą rodzinie, o tym, jakiej pomocy jej udzielono?

No, i wreszcie element ostatni spośród tej fali ataków na ustawę. Chodzi oczywiście o przepis, który daje pracownikowi socjalnemu prawo zabrania dziecka z rodziny na ściśle określony czas w sytuacji przemocy, zagrożenia życia lub zdrowia bez postanowienia sądu. Rozumiem emocje, które ten przepis wywołuje. Zabranie dziecka musi zawsze być ostatecznością. W ostatnim czasie media informowały o przypadkach, gdy odebrano dziecko bez sensu. Najgłośniejszy przypadek to historia Róży odebranej rodzicom. Warto jednak przypomnieć w tym kontekście kilka spraw:

  1. Opisane przez media historie miały miejsce przed wejściem w życie nowych przepisów, bo te nie zostały jeszcze uchwalone, ergo to nie te przepisy stanowią zagrożenie.
  2. Decyzję o odebraniu dziecka podejmował sąd rodzinny. Problem nie leżał więc w pracownikach socjalnych podejmujących samodzielne decyzje bez postanowienia sądowego.
  3. Już dziś w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia pracownik socjalny nie tylko może, ale wręcz powinien, zabrać dziecko z domu rodzinnego; nowe przepisy nie stanowią więc wielkiej rewolucji.

Nie tak dawno jedna ze stacji telewizyjnych realizowała reportaż z warszawskiej Woli. Sąsiedzi zaalarmowali policję, że na zewnętrznym parapecie drugiego piętra jednej z kamienic bawi się małe dziecko. Okazało się, że w mieszkaniu, o ile można to, co tam zastano, nazwać mieszkaniem, jest matka. Tyle że w sztok pijana. Media słusznie krytykowały odebranie Róży rodzicom. Mogę sobie jednak wyobrazić, jak krytykowałyby pracowników socjalnych, policję i całe państwo, gdyby nie zareagowano i nie zabrano dziecka z Woli do czasu wytrzeźwienia matki i gdyby temu dziecku stało się coś złego. Demagogia? Nie. Ciągle słyszymy o nieodpowiedzialnych, głównie pijanych, rodzicach, którzy zostawiają dzieci bez opieki i narażają je na zagrożenie.

Często słyszę: “rodzina to świętość”, “wara od mojego domu”, “na progu mojego domu kończy się władza państwa”. Rozumiem, że państwo ma nie przekroczyć progu domu osób to mówiących również, gdy im samym stanie się krzywda? Czy tylko wtedy, gdy będą bić żonę lub dziecko?

Google skazane, tylko czy z sensem?
Thursday, February 25th, 2010 | Autor: Jakub Śpiewak

Jak donoszą media, włoski sąd skazał trzech managerów z włoskiego oddziału Google na pół roku więzienia za to, że nie zapobiegli umieszczeniu w serwisie Youtube filmu przedstawiającego znęcanie się nad niepełnosprawnym chłopcem przez kolegów z klasy.

Przedstawiciele prokuratury oświadczyli:

Jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani, bo wraz z tym procesem zwróciliśmy uwagę na poważny problem, jakim jest obrona osoby, która powinna przeważać nad logiką firmy. To nie był proces wolności sieci, jak niektórzy mówią. Po raz pierwszy natomiast we Włoszech ukazano poważny problem praw człowieka w społeczeństwie.

Pełnomocnik Google stwierdził z kolei:

Wyrok mediolańskiego sądu jest atakiem na fundamentalne zasady wolności, na jakich powstał internet.

Przyznam, że nie bardzo rozumiem ten wyrok. Uważam, że sąd powinien zająć się młodzieńcami, którzy krzywdzili niepełnosprawnego kolegę, uważam, że Google powinno usunąć jak najszybciej taki film z portalu. Co nie zmienia faktu, że karanie więzieniem jest tu dla mnie niezrozumiałe.

Pełnomocnik Google uderza w zbyt wysokie tony, bo wolność nie jest nieograniczona w swej istocie, podlega regulacjom. Taka jest istota funkcjonowania w ramach prawnych. Prokuratorzy też kiepsko brzmią, bo prawa człowieka to argument średnio trafiony. To nie pracownicy Google znęcali się nad chłopcem, nie oni to nagrywali, nie oni publikowali to w internecie.

Ideą Web 2.0 jest to, że firma udostępnia narzędzie, jakim jest strona, natomiast użytkownicy zapełniają stronę treścią. Po osiągnięciu pewnej skali działalności serwisu nie jest możliwe kontrolowanie przez administratorów każdej publikowanej przez użytkowników treści. Administratorzy mogą jedynie reagować na zgłoszenia użytkowników i wyrywkowo kontrolować. Nie znamy dokładnej treści wyroku, ze wszystkich artykułów wynika jednak, iż sąd skazał managerów nie za brak reakcji na zgłoszenia, ale za to, że dopuścili do publikacji. Nie rozumiem, w jaki sposób portal i jego pracownicy mieli nie dopuścić do publikacji. Mieli czuwać nad każdym użytkownikiem i szeptać mu do ucha: “nie rób tego”?

Moim zdaniem, choć nie ma sensu uderzać w najwyższe tony, to mediolański wyrok stanowi niebezpieczny precedens. Tak naprawdę zaprzecza on nie tyle wolności w internecie, co idei Web 2.0, idei serwisów opartych na treściach publikowanych przez użytkowników.

Pedofilia a gender studies
Saturday, February 20th, 2010 | Autor: Jakub Śpiewak

Wyczytałem w Gazecie Wyborczej, że na Uniwersytecie Gdańskim próbowano założyć ośrodek gender studies, czyli studiów nad płcią i równością. Senat uczelni był temu przeciwny, a najostrzej protestował znany z konserwatywnych poglądów prof. Jarosław Warylewski, dziekan wydziału prawa. Powiedział on m.in.:

Nauka powinna być neutralna światopoglądowo, ideowo, płciowo. Prowadząc badania, zakłada się, że pozytywny rezultat badań naukowych zapewnia pełna neutralność na każdej płaszczyźnie. Inaczej jest to propaganda, nie nauka.

Trudno mi tu nie zgodzić się z profesorem. Często mam wrażenie, że powstające jak grzyby po deszczu ośrodki gender studies i rozmaite badania prowadzone pod hasłami nauki o wolności, z równością w gruncie rzeczy mają niewiele wspólnego, a raczej stanowią propagandę tzw. poprawności politycznej. Trudno mi traktować poważnie opracowania Biblii polegające na zmienianiu płci bohaterek, czy też analizę bajki o Kopciuszku czy Królewnie Śnieżce z feministycznego punktu widzenia.

Profesor Warylewski powiedział jednak również coś innego:

Jeśli powstaną gender studies, to ja otworzę centrum badań nad pedofilią.

Jeśli potrzeba stworzenia ośrodka gender studies po to, by powstało centrum badań nad pedofilią z prawdziwego zdarzenia, to warto chyba pójść na takie ustępstwo. Niemniej obawiam się, że profesor miał na myśli coś innego. Domyślam się, bo oczywiście wiedzy tu mieć nie mogę, skoro nie siedzę w głowie pana dziekana, że tą wypowiedzią Warylewski chciał przekazać, iż pomysł powołania ośrodka gender studies jest równie bezsensowny jak ośrodka badań nad pedofilią, że gender studies i badania nad pedofilią to taka sama szarlataneria i wyrzucanie pieniędzy w błoto. I tu już pojawia się kłopot. Takie poglądy u dziekana wydziału prawa renomowanej publicznej uczelni są już bowiem niepokojące. Oczywiście, profesor, jak każdy człowiek, ma prawo mieć takie poglądy, jakie chce. Pytanie tylko, czy powinien wkładać je w głowy przyszłych prawników…